Góry Cangshan
Pierwsza podróż. Pierwsze doświadczenia. Wszystko nowe i dziwne... Pojechaliśmy z trójką znajomych, którzy wcześniej byli w Azji. Ich zaproszenie na wspólny wyjazd do Chin odmienił nasze życie, bo bez takiej zachęty sami pewnie nigdy byśmy się nie odważyli.
Dzień 1 - Hongkong
Pierwsze spotkanie z orientalnym menu nie bardzo nam wyszło. Samolotowe śniadanie pod kryptonimem congee, czyli ryżowa papka z wielką krewetką na wierzchu i trawką cytrynową, przyprawiła o mdłości wszystkich oprócz Marysi. Zwłaszcza, że wliczając międzylądowanie w Amsterdamie, mieliśmy za sobą 15 godzin lotu. Po śniadaniu rozdali nam dziwne formularze przyjazdowe, które posłusznie wypełniliśmy.
Z lotniska, za około 30 HK$, pojechaliśmy piętrowym autobusem numer 13 na Tsim Sha Tsui, na kontynentalną część Hongkongu. Marcin, wspomagając się przewodnikiem przyprowadził nas do Mirador Mansion przy Nathan Road 64. Mirador Mansion jest ogromnym, dziwnie pachnącym blokiem, w którym na dole są stragany z różnościami, a na górnych piętrach jest mnóstwo pensjonatów. Windą pojechaliśmy na 12 piętro gdzie znajduje się Cosmic Guest House. Po sprawdzeniu co mają do zaoferowania, zostaliśmy w jednym z pięcioosobowych pokoi. Była to maleńka klitka o łącznej powierzchni materacy większej niż powierzchni podłogi, bynajmniej nie z powodu ogromnych łóżek. Trochę w nim zalatuje i ma śmieszny kibelo-prysznic, w którym, po piątej osobie, na podłodze stało z 10 cm wody, ale 80 HK$ od osoby nie jest kiepską ceną, jak na Hongkong.
Na obiad oddzieliliśmy się od Dzieciaków, które wybrały się obok, do Chungking Mansions, mieszczącego parę hinduskich knajpek. Na hinduskie jedzenie nasze żołądki ani nosy jeszcze nie były gotowe (mnie ciągle męczyło congee…) a w Chungking śmierdziało jeszcze gorzej niż w Mirador.
Po zaspokojeniu głodu, promem Star Ferry, popłynęliśmy na wyspę Hongkong i zrobiliśmy sobie długi spacer do tramwaju Peek Tram, zaliczając po drodze najdłuższe ruchome schody na świecie. Ów Peek Tram to coś, co bardziej przypomina kolejkę na Gubałówkę niż tramwaj i bardzo podobną pełni rolę. Tłumy ludzi wjeżdżają na wzgórze ponad Hongkongiem podziwiać panoramę miasta. Ze wzgórza autobusem pojechaliśmy na metro Central i metrem wróciliśmy na Kowloon.
Nasza pierwsza noc w Azji. Szczęśliwi, zmęczeni wykąpani wreszcie w łóżkach zasnęliśmy. Nie na długo, bo grupa gości naszego pensjonatu, postanowiła uprzyjemnić nam noc, trzaskając drzwiami i wrzeszcząc na siebie. Trwało to z godzinę i gdy wreszcie na koniec jeden z nich porzygał się robiąc nam koncert (ściana jego łazienki była ścianą naszego pokoju) mogliśmy zasnąć.
Dzień 2 - Z Hongkongu do Makau
Na śniadanie poszliśmy do restauracyjki, którą znaleźliśmy z Monią poprzedniego dnia. Sympatyczne miejsce na Nathan Road po lewej stronie od McDonalds, gdzie dolewają herbaty za darmo a drzwi otwiera się nie klamką a przyciskiem na ścianie. Dziewczyny zamówiły tajemniczo brzmiący japaneese udon – grube spaghetti, które wygląda jak dżdżownice, lub macki jakiegoś morskiego stworzenia. Przetestowaliśmy też komplet przypraw stojący na stole, w tym czerwony, strasznie kwaśny płyn i pomarańczową super pikantną pastę.
Z pełnymi brzuchami mogliśmy ruszać dalej, do Makau. Popłynęliśmy katamaranem FirstFerry, za 132HK$ od łebka, i już po godzinie wypełnialiśmy formularze przyjazdowe na granicy.
Za 2,5 HK$ (płaciliśmy walutą Hongkongu) autobusem numer 3 dojechaliśmy do centrum, gdzie przy Rua da Felicidade znaleźliśmy hotel Vila Universal. Pięcioosobowy pokój, po szybkim targu, kosztował nas 420 M$. Zameldowaliśmy się i wyszliśmy na rozpoznanie okolicy. Po drodze potrzebowaliśmy jeszcze kupić bilety na autobus z Makau do Kantonu.
Kupowanie biletów zazwyczaj nie jest szczegółem na tyle istotnym aby się nad nim roztrząsać, tym razem jednak sprawa nie była tak prosta. Pan siedzący za okienkiem, po paru chwilach rozmowy na migi, uciekł. Zniknął i już nie wrócił. Za parę minut zjawiła się pani, która na nasz angielski, wspierany mapami odpowiadała po chińsku, na migi i pisząc na kartce. Koniec końców dostaliśmy bilety, które, przynajmniej teoretycznie, były na dzień następny, dla pięciu osób i do Kantonu. Aczkolwiek wyglądało to na dość nieprawdopodobne, bo nie było żadnej gwarancji, że bileterka nas zrozumiała tak samo jak nic nie gwarantowało nam, że wiemy co ona nam chce powiedzieć.
Rua da Felicidade, na której stoi nasz hotel, to jedna z bocznych uliczek, na której jest mnóstwo sklepów z suszonym mięsem, sklepów z ciastkami i sklepów sprzedających różne morskie stwory i ryby.
Wracając, dziewczyny obkupiły się w ciastka, które robią wprost na ulicy i znaleźliśmy sklep z porto, bo Monia, jeszcze w domu, gdy dowiedziała się, że Makau było portugalską kolonią, zachorowała na porto. Zaczęliśmy od jednej butelki, później dokupiliśmy drugą, a gdy już nas nie było stać, bo lokalna waluta się nam skończyła, całą resztę wydaliśmy na piwo. To był upojny i długi wieczór…
Dzień 3 - Z Makau do Guangzhou
Wstać było ciężko i w średnich nastrojach udaliśmy się oglądać ruiny katedry św. Pawła. Tuż obok jest wzgórze Fortaleza do Monte, z którego można popatrzeć na panoramę miasta, i na którego zboczu, w cieniu drzew, można zobaczyć panów wyprowadzających na spacer swoje ptaszki:)
Obiad zjedliśmy w jakiejś przypadkowej knajpce, potem Dzieciaki trochę pointernetowały i pożegnaliśmy Makau. Zgodnie z cierpliwie i mozolnie przekazywanymi wskazówkami pani od biletów, małym busem dojechaliśmy do granicy z Chinami. Dopiero, gdy po kolei wydarzały się wszystkie rzeczy, które bileterka nam mówiła i rysowała uwierzyłem, że doskonale zrozumiała gdzie chcemy się dostać :) Po stronie chińskiej, po wypełnieniu kolejnych formularzy, miła pani z informacji zaprowadziła nas na stację autobusową i usadziła w poczekalni. Znów nie wiedzieliśmy czy dobrze robimy ale po przygodzie z dnia poprzedniego, wzrosła nasza wiara w to, że tubylcy idealnie wiedzą czego nam trzeba. Po mniej więcej pół godzinie dziewczyna wróciła i wpakowała do autobusu. Nie dość, że jechał do Kantonu, to jeszcze odjeżdżał wcześniej niż ten, na który posiadaliśmy bilety.:)
W Kantonie wysadzili nas pod jakimś hotelem. Spod niego przemaszerowaliśmy w pełnym rynsztunku z 5 km na dworzec kolejowy, co delikatnie podniosło poziom stresu w grupie:) Tym razem Monia wzięła sprawy w swoje ręce i po wypatrzeniu napisu „Booking” nad jednym z okienek, stanęła w kolejce. Pani bileterka, pomimo owego jedynego na całym dworcu, znajomo wyglądającego napisu, po angielsku nie mówiła ale odesłała Monię do okienka obok. Tam, już bez kolejki, za to z przerwami na momenty, gdy Chińczycy bezpardonowo wciskali się przed nią i przerywali dialog z bileterką, żeby kupić swoje bilety, dostaliśmy bilety na hard sleeper w pociągu K365 relacji Guangzhou-Kunming.
Z dworca pomaszerowaliśmy prosto do Youth Hotel, który na szczęście był bardzo blisko. Wzięliśmy dwie dwójki i jedynkę dla Marysi. Nasz pokój zalatuje stęchlizną i nie ma w nim toalety ani prysznica ale jest tanio.
Wieczorem wyszliśmy szukać czegoś do zjedzenia. Kawałek podjechaliśmy metrem za 2 Y i dotarliśmy w rejony, w których było wyjątkowo mało turystów. Idąc ulicą zatrzymaliśmy się przy knajpce sprzedającej mięso z rożna. Jak zaczęliśmy się wpatrywać w ofertę, która wcale nie przypominała drobiu dwie Chinki stojące obok z wielką radością pozbawiły nas wątpliwości – na rożnach piekły się psy. W sumie to Kanton, nie powinno nas to dziwić…Trochę już głodni weszliśmy do pierwszej napotkanej restauracyjki, gdzie okazało się, że nikt z obsługi nie mówi po angielsku. Wspomagając się rozmówkami angielsko-chińskimi i menu schowanym do kieszeni w Makau, zamówiliśmy naszą kolację, na którą składał się ryż, makaronu i dziwne, rozgotowane brokuły. Kelnerki miały mnóstwo uciechy, gdy przyniosły nam, dla sprawdzenia czy się dogadaliśmy, surowe warzywa i pokazały gestami, że mają zamiar je ugotować. Metrem wróciliśmy do hotelu gdzie grą w kości przy piwku, zajadając śliczny Dragon Fruit (Hylocereus undatus zwany pitają, pitayą lub pitahayą) i oglądając kreskówki dubbingowane przez Marcina zakończyliśmy wieczór. Koło 0.30 postanowiliśmy z Monią zrobić małe, testowe pranie.
Dzień 4 - W pociągu K365 Guangzhou-Kunming
Osobne prysznice są bardzo praktyczne. Bardzo skraca się czas od pobudki do pełnej gotowości, gdy nie trzeba czekać aż kolejno wszyscy się umyją. Zwłaszcza, że spodziewałem się tam tłumów a około 7:30 rano kręcił się tam jeden facet. A podobno jest tu 9,5 mln mieszkańców :)
Hotel nie serwuje śniadań w cenie więc pojechaliśmy metrem na Shamian Dao. Po zwiedzeniu wyspy i wypiciu kaw podążyliśmy do taoistycznej świątyni Guangxiao Si. Bardzo spokojne, wyciszone miejsce w centrum wielkiego miasta. W środku pusto, jedynie na samym końcu jeden facet w ciszy ćwiczący taijiquan. Robiło się późno, pokój musieliśmy opuścić do południa, więc szybko poszliśmy, przez ulice pełne małych sklepików sprzedających elektronikę, do Kwietnej Pagody Hua Ta. Przy kasie okazało się, ze Maria nie ma portfela…. 250Y dostało żółciutkich nóżek. Za bardzo się spieszyliśmy i kupując po drodze wodę gdzieś się zawieruszył. Zużyliśmy resztę czasu na szukanie portfela więc prawie potruchtaliśmy na stację metra i 12:05 wymeldowaliśmy się z hotelu.
Z plecakami, ja z trzema, wstąpiliśmy do McDonalds po przeciwnej stronie. Po przeciwnej stronie, w przypadku dworca w Kantonie, oznacza 20 minutowy spacer:) Przed 25-godzinną podróżą pociągiem lepiej nie ryzykować z jedzeniem więc klimatyzowany McDonalds zdawał się dobrym wyborem. Czerwony i mokry zjadłem frytki i, jak przystało na Chiny, słodkie ciastko z grochem.
Na stację dotarliśmy w samą porę. Gdy jest się na dworcu, pokazuje bilet z pytaniem w oczach „gdzie to jest?” i ktoś pokazuje palcem niebo, oznacza to, że właściwy peron jest… na drugim piętrze…:) Chińczycy nie mają parterów więc tak naprawdę jest to pierwsze piętro ale mimo wszystko jest to sprawa dość niecodzienna. Spędziliśmy chwilę w poczekalni, z jakimiś pół tysiącem chińczyków, i wpuścili nas do pociągu. Zabawne, że tam jak ma się wagon numer 15, to znaczy, że jest ich co najmniej 15:) Chińskie pociągi są ogromne i trochę to wydłuża spacer po peronie.
Miejscówki mieliśmy na samej górze i było to świetne rozwiązanie. Plecaki były w zasięgu ręki i nikt nam nie zaglądał za to my widzieliśmy wszystko. Tylko giry im z lekka zalatywały. Zresztą nam pewnie też :)
Pociąg wyposażony jest w bardzo praktyczną maszynę z wrzątkiem, bardzo czyste, w porównaniu do polskich, kible narciarze i umywalnie. Chodziła też pani z klapkami po 1Y i pan z kubełkami pełnymi klusek, na których było sadzone jajo, posypane tartą marchewką, która to była posypana kawałkami mięsa. Całą tę konstrukcję, gdy ktoś to zamawiał, facet zalewał łyżką jakiejś brunatnej zupy.
Ciągle leci głośna muza. Raz ich, raz nasza, raz poważna – wszystko przerywane od czasu do czasu komunikatami o stacjach. Czasem też leci ich muza robiona na naszą. Pop albo coś tego typu. Najciekawiej miał Marcin, którego łóżko było zaraz koło głośnika :) Palić można przy kiblu i, wbrew pozorom, nie ma tam tłumów.
Dzieciaki szybko poszły spać a ja oglądałem sobie pociąg. Było jeszcze mnóstwo czasu na sen – tak ze 25 godzin:)
Widoki za oknem średnie. Niby Chiny ale te budujące się miasta, miasteczka tworzyły czasami widoki jak na trasie Warszawa-Wrocław i na górnych łóżkach trochę za mocno wieje z klimatyzacji.
Chińczycy mają bardzo praktyczne pojemniki. Coś jak wąski wysoki słoik z pętelką do noszenia i nakrętką. Widywałem to co chwilę. Nalewali w to wrzątku ale niestety nie zaobserwowałem co z tym dalej się dzieje ani czy ten wrzątek zaprawiają herbatą. Postanowiłem sprawić sobie taki przy najbliższej okazji.
Dzień 5 - Kunming
W pociągu o siódmej włączyli muzykę:)
Za oknami góry.
Automat z wrzątkiem okazał się bardzo przydatny – można zalać zupę albo herbatę, co zresztą tubylcy wykorzystują nader często. Zalewają małą ilością wody wiaderko czegoś, co wygląda jak nasze gorące kubki z makaronem i jedzą widelcem to co rozmiękło. Jak mają ochotę na więcej to zalewają ponownie.
Monia od jednej pani dostała mandarynki. Były zielonożółte, wystarczająco zielone, żeby w Polsce nikt ich nie kupił, ale supersmaczne :)
Na jednej stacji nas wypuścili na 20 minut, to zrobiłem parę fotek i kupiłem niezły napój o smaku zielonej herbaty.
W Kunmingu mieliśmy być o 15:45.
Do narciarza się przyzwyczaiłem i wydaje się być praktyczniejszy niż zwykły wucet – wygląda na czystszy, bo jest w nim mniej zakamarków do czyszczenia. W palarni między przedziałami byłem jednym z niewielu gości. Całe szczęście, że w przedziałach palić nie można. Później, w Laosie okazało się, że to nie takie oczywiste, że w środkach komunikacji publicznej nie wolno palić.
Kunming przywitał nas dużym ruchem na ulicy i tym, że na pieszego na pasach się trąbi.
Dzięki mapie, którą Marcin kupił w pociągu, po krótkich poszukiwaniach i zmianie przystanku, udało nam się wsiąść do właściwego autobusu. Czasem dziwne hobby ma zaskakujące korzyści.
Idąc do hotelu zatrzymaliśmy się przy okienku małego biura podróży gdzie kupiliśmy bilety na nocny autobus ekspresowy do Dali. Bilety to wiele powiedziane – pani z okienka wręczyła nam skrawek papieru serwetkowego, na którym długopisem coś napisała.
Hotel Camelia, do którego zmierzaliśmy ma dwie gwiazdki i takie właśnie ceny a obsługa nie wyrywa się z informacją, że mają jeszcze „dormitory”, o którym czytaliśmy w przewodniku. Po paru minutach spędzonych w holu przeliczając ceny i próbując zadecydować co robimy, podczas drugiego podejścia do recepcji, którejś z recepcjonistek się wyrwało, że tak, mają jeszcze „dormitory” i, że jest tuż obok. Na trzecim piętrze w jednej z kilku zadbanych, 8 osobowych sal zostaliśmy.
Po szybkim prysznicu poszliśmy do wegetariańskiej restauracji, naprzeciwko świątyni Yuantong Si, w której dostaliśmy pyszną rybę ziemniaczaną, ryż z warzywami, sałatę z grzybami w glucie i kuleczki krewetkowe z anyżkową przyprawą w komplecie. I oczywiście „wielka dolewka” herbaty.
Posileni udaliśmy się do parku Cuihu, popatrzyliśmy na tańczące tam grupy, i wychodząc poszliśmy do Kodaka, żeby dziewczyny zrzuciły sobie fotki. Pod Kodakiem zaczepiły nas trzy studentki z Yunnan University. Zrobiły nam ankiety, które miały jako pracę domową z angielskiego i wzięły emaile. Marcinowi zdecydowanie poprawił się humor po tym, gdy nadały mu chińskie imię (jakiegoś znanego aktora:]).
Wracając Monia z Krysią kupiły fartuszki u jednego z chodnikowych sprzedawców targując się na migi.
Po powrocie okazało się, ze dokooptowali nam dwóch Amerykanów ale nie pogadaliśmy zbyt długo tylko wyszliśmy do pubu. Przed wyjściem zrobiliśmy jeszcze pranie w hotelowej pralce, za 20 Y, które schło do wieczora dnia następnego…
Kunming jest pięknym interesującym miastem i w gruncie rzeczy tourist-friendly. Bardzo miła odmiana po tłocznym i hałaśliwym Kantonie.
Dzień 6 - Skarpeciany autobus
Wstaliśmy o 7:30 i wyszliśmy szukać przystanku, z którego zawiozą nas do Świątyni Bambusowej Qiongzhu Si znajdującej się 10 km za miastem. Na miejscu, wskazanym przez przewodnik, jakiś chińczyk zaoferował, że nas tam zawiezie, poczeka i przywiezie za 20Y od osoby. Jadąc do Bambusowej Świątyni mieliśmy okazję zobaczyć jak wygląda życie na przedmieściach, zakurzonych i surowych.
Potem zrobiliśmy sobie spacer na targ ptaków, gdzie sprzedają robaki, gryzonie, ptaki i różne duperelki. Dziewczyny kupiły tam herbaty w ładnych, ozdobnych opakowaniach a ja z Marcinem, wielkie słodkie pyszne buły za jakieś 0.52Y…
Wracając wstąpiliśmy do biura lokalnych linii lotniczych kupić bilety na samolot Dali-Jinhong.
Obiad zjedliśmy w super knajpce MaMaFu’s i po obiedzie rozpoczęliśmy długaśny spacer po Kunmingu. Tak długi, że pod koniec miałem naprawdę dość.
Wieczorem wróciliśmy do hotelu, gdzie w restauracji, przy akompaniamencie fortepianu i skrzypiec czekaliśmy na 21. Dzieciaki w tym czasie trochę posurfowały na necie.
Przed 21 wróciliśmy z naszą serwetką wartą 500Y do pani z mikrobiura podróży. Wyjeżdżaliśmy, gdy już nauczyliśmy się, że w Kunmingu trąbienie na pieszych oznacza „widzę, że idziesz po pasach i masz zielone światło ale się nie zatrzymam” :)
Transport do autobusu wyglądał jak przemyt ludzi:) Najpierw dwie szemrane taksówki wzięły nas w miejsce, w którym tłum chińczyków przekrzykiwał się chcąc nas zabrać w najróżniejsze miejsca „pożądane” przez turystów. Od razu gdy wysiedliśmy z taksówki nasz przewodnik przegnał wszystkich i poprowadził nas przez wielki, ciemny plac, wśród mnóstwa ładniejszych i brzydszych autobusów, do ślicznego sypialnego chińskiego mercedesa. W środku trzy rzędy piętrowych łóżek, aż jasno od pomarańczowej pościeli, pełny komplet i… śmierdzi.
Wesołek biorący nasze plecaki, patrząc na mnie pogłaskał się po głowie, złożył dłonie jak do modlitwy i kiwając się do przodu wskazywał na mnie z pytającym uśmiechem. Domyśliłem się, że na migi pyta mnie czy jestem mnichem więc z uśmiechem pokręciłem głową wywołując śmiech kilku osób w pobliżu.
Dostałem górne łóżko – jako jedyny.
Koło drugiej w nocy autobus zatrzymał się na postój i wtedy, jedyny raz, mieliśmy z Monią okazję zwiedzać wucet bez kabin. A raczej z namiastkami kabin, bo takimi bez drzwi:)
Dzień 7 - Dali jest jak Zakopane
Do Dali wjechaliśmy około 3:30 po czym autobus, jak gdyby nigdy nic, zaparkował, ze trzy osoby wyszły i kierowca poszedł spać. Monia całą noc nie spała, bo brzydziła się smrodu, pościeli i ludzi w ogóle. Chrychających, wymiotujących, plujących na podłogę i tych ze śmierdzącymi skarpetkami. Obudziła mnie i wyszliśmy z autobusu, pełnego śpiących chińczyków, i 2 godziny siedzieliśmy na krawężniku. Gdy już porządnie zmarzliśmy, to dzięki pomocy Marysi, która nie była najszczęśliwsza, że w urodziny budzimy ją przed świtem, weszliśmy do środka. Około 6:00 zrobiło się gwarno wiec półprzytomni udaliśmy się na poszukiwania „Ba Lu” jadącego do Dali „właściwego” (autobusy zatrzymują się w miejscowości odległej o kilka kilometrów).
W samym Dali kierowca zatrzymał autobus, podszedł do nas i zaczął coś nawijać. Na taki pokaz, nic nie rozumiejąc, spokojnie wyszliśmy z autobusu wywołując salwę śmiechu wśród tubylców. Okazało się, że w obrębie „Dali pierwszego” podróże są za darmo a właśnie wjechaliśmy do innego miasta, „Dali właściwego”, więc czas zapłacić:]
Do Old Dali Inn (NO. 5) przy Boai Road dotarliśmy z dwoma pasażerami prowadzącymi tutejszą restaurację. Hotel jest bardzo sympatyczny, pełen zieleni z mnóstwem przejanróżniejszych zakamarków, antresol i werand. W pokojach jest mnóstwo komarów, na szczęście na tyle ciapowatych, że dają się łapać jedną ręką.
Zdrzemnęliśmy się po podróży i w hotelowej restauracji zamówiliśmy obiad. Trochę się na tym nacięliśmy – Krysia dostała płonącą zupę, która naprawdę płonęła, Marcin zamówił miskę ryżu i dostał wiaderko a ja zamówiłem ryż z warzywami, których było w ryżu dwa rodzaje i tylko Monia z Marysią nie narzekały.
W centrum jest kilka krzyżujących się ulic, podobnych do zakopiańskich Krupówek, na których lokalne kobiety nagabują próbując sprzedać ganję, srebrną biżuterię i wyroby ubraniopodobne. Daliśmy się naciągnąć jednej takiej na oglądanie biżuterii („no like it, no buy”), dzięki czemu spędziliśmy pół godziny na stryszku jakiegoś domu grzebiąc w srebrnych świecidełkach.
Po południu wstąpiliśmy do biura wycieczek i zamówiliśmy sobie dwie – podwiezienie pod kolejkę linową w góry i objazdówkę po wioskach „etnicznych”. Chcieliśmy zobaczyć Chiny trochę oddalone od utartych szlaków.
Wieczorem chcieliśmy nakupić jeszcze herbaty ale ceny w Kunmingu były dużo lepsze, na dodatek lokalni zaczynają handel od podwojonej stawki.
Dzień 8 - Dali
Gdy wyszliśmy z hotelu po śniadaniu kierowca już czekał. Podwiózł nas pod dolną stację górskiej kolejki i zostawił. Po wjechaniu na górę okazało się, że chińskie szlaki górskie zupełnie nie przypominają tych polskich. 11 kilometrów równiusieńkiego chodnika, z odprowadzeniem deszczówki, ławeczkami i barierkami. Pod koniec zaczęło kropić więc, gdy już znaleźliśmy wyciąg krzesełkowy na dół (trochę się nam schował i przeszliśmy za daleko) to już byliśmy zadowoleni, że spacer dobiegł końca.
Spod dolnej stacji wyciągu poszliśmy na piechotę do miasta i wstąpiliśmy do Marleya, gdzie dziewczyny zamówiły sobie pizzę a ja dziwną pomidorówkę, od której marchewkowa była bardziej pomidorowa. Na te pizze czekaliśmy niemożliwie długo i zaczął dobiegać czas wyjazdu do wiosek więc Marcin został czekając na ostatnią porcję a my pojechaliśmy.
Podczas wycieczki, na jednym z targów, Monia nauczyła się sprawdzać herbatę, którą bierze się z worka w garść i potem się w to chucha, żeby uwolnić aromat. Potem kierowca, tak jakby poza planem, zawiózł nas do świątyni na jednej wsi, gdzie nie było kadzideł, nie było muzyki z CD, nie było turystów, za to był świeżo ucięty łeb wołu, cisza i spokój. Chiny pokazały nam swoją kolejną twarz...
Na dziedzińcu świątyni zahaczyły nas panie oferujące „pokaz” wyrobu batików. Okazało się, że zaprowadziły nas do manufaktury, gdzie w wielkich kotłach farbuje się specjalnie pogniecione tkaniny, i które potem cała gromadka, od najmłodszych do najstarszych kobiet, próbowała nam sprzedać.
Gdy dziewczyny zajęły się handlem ja z kierowcą siedliśmy z boku, paląc jego chińskie papierosy, i pokazał mi jak się te batiki robi. Czynność jest to dość dziwna, wymagająca niezwykłej cierpliwości i umiejętności, bo wszystkie, bardzo różnorodne wzory, powstają dzięki poprzeszywaniu materiału w specjalny sposób, dzięki czemu w niektórych miejscach się nie zabarwia. Zaskakująca była powtarzalność tych wzorów i chaotyczne kłęby, z których potem powstawały te wszystkie obrusy, chusty i szale.
Potem gromadce małych chłopców zacząłem robić zdjęcia, które im pokazywałem na wyświetlaczu. Oni przyjmowali pozy kungfu, ja pstrykałem, potem przybiegali obejrzeć i tak w kółko. Baaardzo trudno było się rozstać z tymi dzieciakami i byłem naprawdę niepocieszony, że handel przebiegł dziewczynom tak szybko:) Z tej wycieczki wszyscy wrócili zadowoleni – dziewczyny z zakupów ja z fotek a Marcina nie było.
Trochę źle zrobiliśmy, że w Hotelu no5 nie skorzystaliśmy z pralki i możliwości wywieszenia naszych rzeczy w suszarni na dachu – w pokoju, ręczne pranie schnie strasznie wolno.
Dzień 9 - Xishuangbanna
Z samego rana wyjechaliśmy na lotnisko. Samolot, z godzinnym opóźnieniem, dowiózł nas do Jinghongu i nareszcie trochę cieplej. Chociaż trochę ale cieplej.
Z lotniska, taksówkami, pojechaliśmy na dworzec autobusowy, aby kupić bilety do Ganlanby, która była następną pozycją na naszej trasie. Według planu, ponieważ po dotarciu do Ganlanby okazało się, że… nie ma tam dla nas noclegu… Niewiele się zastanawiając zjedliśmy ryż i podjęliśmy odważną decyzję, żeby ruszać dalej, w kierunku granicy z Laosem.
Problem w tym, że nie jest prosto, dysponując niewielkimi rozmówkami chińskimi, dogadać się, że chcemy do Mengli kiedy całkiem niedaleko jest Menglun… i chcemy tam dotrzeć tanio. Uratowała nas życzliwość Lokalnych. Na dworcu w Ganlanbie kasjerki, zaraz po tym jak pokręciły głowami, gdy zrozumiały cel naszej podróży, poprosiły jedną przechodzącą panią, żeby nam pomogła dostać się do Mengli, bo z ich dworca tam nie jeżdżą. Całe szczęście, bo żeby ruszyć dalej mieliśmy sobie złapać jeden z nieoznakowanych, zapakowanych po brzegi minibusów na głównej ulicy miasta. Po kilku nieudanych podejściach siedzieliśmy w autobusie, nie wiadomo dokąd i nie wiadomo za ile :] A za dwie godziny zajdzie słońce… Dla nas najważniejsze było, że przemieszczamy się w dobrym kierunku i że nasza pani siedzi z nami częstując Krysię mandarynkami.
Temperatura wynosiła coś koło 25 stopni, choć to było zupełnie inne 25 niż w Polsce, znośniejsze. Za oknami góry i lasy przerośniętych roślin doniczkowych a ziemia i rzeka mają kolor rdzy. Trzęsie, prędkościomierz nie działa ale ludzie stawali się coraz życzliwsi gdy już się z nami oswoili.
W Meglunie okazało się, że lokalni zorganizowali nas lepiej niż przypuszczaliśmy. Czekali na nas i po krótkiej chwili znów siedzieliśmy w autobusie, znów plecaki poutykane gdziekolwiek a granica z Laosem coraz bliżej.
Przy okazji dowiedziałem się, ze jak w autobusie nie ma zakazu palenia, to oznacza, że można tam palić, co, z pewną nieśmiałością wykorzystałem :)
Dotarliśmy do Mengli już po zmroku ale dość szybko znaleźliśmy sympatyczny hotelik, w którym Monia załatwiła, że zamiast 60Y od osoby, wzięliśmy jedną trójkę za 100Y na pięć osób :] Pani recepcjonistka była mocno niepocieszona z takiego obrotu spraw ale nie daliśmy jej czasu na rozmyślenie się, od razu zrzuciliśmy rzeczy i poszliśmy spać. Przed snem, ponieważ pogoda była bezchmurna i było ciepło, zrobiliśmy sobie pranie. Dzięki temu następnego dnia miałem siatkę mokrych rzeczy, które później rozkładałem na tobołach z tyłu autobusu. Monia brała po jednej i suszyła przy oknie :] Dopiero dużo później, w Laosie, zaobserwowałem regularność i niezmienność pochmurnych poranków i to, że słońce wychodzi dopiero koło południa.
Dzień 10 - Sabajdii Lao
Na dworcu w Mengli znaleźliśmy autobus do Luang Nam Tha i po krótkim oczekiwaniu, w podskokach i kłębach czerwonego kurzu, jakby kierowca trenował przed rajdem Paryż-Dakar, dojechaliśmy do granicy. Tu po krótkich formalnościach pożegnaliśmy Chiny i wsiedliśmy z powrotem do naszego autobysu, którym pojechaliśmy do Luang Nam Tha.
Na miejscu znaleźliśmy guesthouse chińskich Laotańczyków, zrzuciliśmy plecaki i poszliśmy wypożyczyć rowery. Wycieczka skończyła się w momencie gdy Monię rozbolały kolana a Dzieciaki z przewodnikiem pojechały dalej.
Cały Laos, a przynajmniej Luang Nam Tha, jest oazą spokoju i luzu. Nikt na nas nie trąbił na ulicach, ludzie się nie spieszą i nawet psy nie szczekają. Jedzenie mają dobre do tego stopnia, że zaryzykowaliśmy surowiznę – Monia wzięła pyszną surówkę z papai. Fartem (a może to oczywiste) nie skończyło się biegunką – następnego dnia zaczynaliśmy nasz dwudniowy spływ Mekongiem od ośmiogodzinnej podróży autobusem. Od przekroczenia granicy przestały mi przeszkadzać zakurzone ubranie i ubłocony plecak i zanim wyjechaliśmy sam się sobie dziwiłem, że w ogóle mogło mi to wcześniej przeszkadzać.
Różnica w porównaniu do Chin leży w znajomości angielskiego przez Laotańczyków i nienachalnym nastawieniu na turystę. I w tłumie białych. Chociaż przewodniku Lonley Planet napisali, że to „Asia’s best-kept secret”, do samego końca proporcja turystów do tubylców była zaskakująca. Co to za sekret skoro tyle tu ludzi? Ale ceny są bardzo sympatyczne - za kilogram zielonych mandarynek zapłaciliśmy 20 centów.
Dzień 11 - Droga numer 3
Rano, gdy my poszliśmy na śniadanie, Marcin kupił nam bilety do Huay Xai. Śniadanko zjedliśmy europejskie: kawę ze skondensowanym mlekiem, topiony ser, bułkę i jajecznicę. Dla śniadań, chociaż nie jedynie, warto do Laosu wracać w nieskończoność…
W całym mieście jest mnóstwo białych. Nawet w autobusie, którym następne 8 godzin przyszło nam jechać, na 11 lokalnych nas było 12…
Już na początku jazdy autobus, z naszymi plecakami na dachu, miał krótką przerwę na studzenie hamulców. Przynajmniej za oknami mieliśmy świetne widoki a studzenie hamulców to wyśmienita okazja do robienia zdjęć:)
Od rana pogoda średnia – pochmurno ale ciepło i sucho.
Po półtorej godzinie jazdy w górach hamulce oczywiście odmówiły posłuszeństwa. W sumie to i tak dziwne, że przyczyną awarii były hamulce a nie pęknięcie autobusu na pół, bo na wertepach górskiej drogi autobusem naprawdę nieźle rzucało, czego kierowca zdawał się nie zauważać:) Ponad godzinę czekaliśmy na autobus zastępczy. Udało się go zorganizować jedynie dlatego, że nie nadawał się na regularne kursy – w tak kiepskim był stanie :)
Chwilę po przesiadce zatrzymał nas znak informujący o 30 minutowej przerwie w ruchu spowodowanej robotami na drodze. Koparka a później spychacz uporały się ze swoim zadaniem w około 2 godziny… Laos już taki po prostu jest:) Spokój, nikt się nie denerwuje, nikt się nie spieszy. „You are worrying too much” jak mi kiedyś potem powiedział jeden Laotańczyk.
Po paru godzinach jazdy i przystanku na posiłek w „nowym” autobusie odmówiła posłuszeństwa skrzynia biegów. W absolutnych ciemnościach laotańskiej drogi pierwszy raz widziałem Drogę Mleczną:)
Za jakiś czas podjechał jumbo, który zapakował nas i jeszcze sześcioro innych białasów i za 20000 zabrali nas w dwugodzinną podróż na ławeczkach. Gdyby nie to, że przyjechał tą samą droga co my a wiedziałem, że najbliższa miejscowość z tamtej strony była pół dnia drogi, pomyślałbym, że to było ukartowane:)
Jumbo jest otwartą półciężarówką z ławeczkami po bokach, dachem i bez ścian. Rudy kurz pokrył wszystko, tak, że ubrania nadawały się tylko do prania a w koszulce na ramiączka, na wietrze potrafi być naprawdę zimno…Każde pięć minut zdawało się podarunkiem od losu a pod koniec byle dwa domy z oświetleniem metropolią pośrodku nikąd.
Koniec końców dowieźli nas pod guesthouse i po szybkim prysznicu poszliśmy spać. Przebycie 200 kilometrów z Nam Tha do Ban Huay Xai zajęło nam 14 godzin, o wodzie i ciasteczkach z Makau, w warunkach jakich nie powstydziłby się weteran rajdów offroad.
Dzień 12 - Mekong
O 6 rano wstałem, żeby pójść z Marią załatwić bilety na tajemniczego slowboata do Luang Prabang. Po autobusach, wertepach i szokującym spokoju Laotańczyków w podejściu do kłopotów, byliśmy pełni obaw, czy robimy właściwie ale spakowaliśmy się na niego przed 10 i już po 11 wyruszyliśmy razem z 60 innych białych turystów w podróż po Mekongu.
Po 6 godzinnej podróży wśród pięknych widoków, tłumu na pokładzie i w bełkocie turystów z Izraela palących trawkę dotarliśmy do Pak Beng. Od razu obskoczyły nas dzieci oferujące pokoje. Marcin został oddelegowany do znalezienia noclegu i udało się to chociaż w pokojach nie było światła i ciepłej wody :) Chłopak, który sprawiał wrażenie bycia tam kimś ważnym, pocieszył nas, że o 22:00 i tak światła nie będzie nigdzie i z łaską wręczył Moni drugą świeczkę.
W tle słychać gwar podróżnych, cykady, świerszcze i generatory prądu.
Kolację zjedliśmy przygotowaną przez dwie kilkunastoletnie dziewczyny w woku stojącym na najzwyklejszej kuchni węglowej. Gdy nas zapraszały do knajpki oświetlanej świeczkami, powiedziały, że za dwie minuty włączą im światło. Zresztą chłopak w hotelu powiedział dokładnie to samo – „za dwie minuty światło będzie”. Ani jedno ani drugie się nie wydarzyło oprócz tego, że u Dzieciaków w pokoju działające na początku światło zgasło również. Te „2 minuty” musi coś oznaczać w języku tubylców…
Tu też dość łatwo było by kupić trawkę a na liście rzeczy niewskazanych w mieście, w którym lodówka jest zbytkiem, wylądował tuńczyk. Monikę, po jakiejś potrawie tuńczykowej cały wieczór mdliło i bolał ją brzuch.
Dzień 13 - Luang Prabang
Rano wycięli nam numer – zapakowali nas wszystkich do trochę mniejszej łódki. Byłoby okay tylko z paru wiosek po drodze dobrali pasażerów efektem czego było to, że grupa ludzi stała bo nawet na podłodze nie było miejsca a część siedziała w potwornym hałasie i spalinach ładowni na rufie. Na taką łódkę naprawdę dobrze jest przyjść rano. Długo się czeka ale nasze leżanki na dziobie to była klasa pierwsza plus.
Po dobiciu do Luang Prabang wzięliśmy tuk-tuka do guesthousu Vilay, w którym była zimna woda, gekony i cykady w łazience ale dość przyjemnie. Po szybkim prysznicu poszliśmy z Monią na spacer i kolację, którą zjedliśmy w restauracji Khmu. Za firmową Khmu salad, smażoną rybę z warzywami na parze, okropny, lokalny oram, smażony ryż z warzywami i dwa piwa zapłaciliśmy jakieś 10 dolców. Jak na warunki, w których jedliśmy było całkiem nieźle.
Zastanawiające są wszędobylskie koguty i kury, które jak u nas psy, wyglądają na bezpańskie.
Dzień 14 - Zostajemy dłużej w Luang Prabang
Wstaliśmy wcześnie, oddaliśmy całe pranie w guesthousie obok i wymieniliśmy forsę w banku, który ma na tyle wyższy kurs niż na ulicy, że po wymianie 200 dolarów kolację mamy gratis.
Po kawie z bagietką, gdy już Marcin skorygował rachunek zakręconego kelnera, wybraliśmy się główną ulicą na spacer po świątyniach.
Wracając idącą wzdłuż rzeki Nam Khan ulicą przed chłodem schroniliśmy się w knajpce nad brzegiem. Dziewczyny piły kawę słodką jak Laos a chłopaki Beer Lao. Powoli zapominaliśmy o upale i zadecydowaliśmy o wyrzuceniu z planu Vientiane po to, żeby jeden dzień więcej spędzić w niesamowitym Luang Prabang. Wszyscy potrzebowaliśmy już odpoczynku i … zakupów. Po drodze zwiedziliśmy jeszcze pałac królewski i wzgórze Phu Si a wieczorem, po kolacji w Khmu, ruszyliśmy na podbój nocnego targu. Wychodząc z Khmu spotkaliśmy dwóch polskich podróżników, Adama i Rafała, z którymi umówiliśmy się na wieczór.
Wracając kupiliśmy kiść dziwnych ‘orzechów’, które okazały się longanami (Euphoria longana), które znów sprzedawczyni nazywała dragon eye :) i mango o cudacznej, płaskiej i wielkiej pestce.
Było już dość późno, gdy w siódemkę zasiedliśmy przy Beer Lao. Wieczór spędziliśmy przemiło - Marcin dzielił się z chłopakami swoim doświadczeniem podróżniczym, Krysia zarażała ich nurkowaniem a oni opowiadali o swoich poprzednich wyprawach koleją transsyberyjską i do Mongolii. Byliśmy ostatnią knajpką otwartą na ulicy i właściciele, prawdopodobnie dość, jak na Laotańczyków, zniecierpliwieni, już czatowali na nas o to, żeby gdy tylko wstaniemy, w ciągu minuty sprzątnąć stolik, że po knajpce śladu nie zostało. Tak samo jak po nocnym markecie.
Dzień 15 - Kayaking po Nam Khan
Wstaliśmy o 7, żeby zjeść śniadanie przed wyjazdem na kajaki, na które zapisaliśmy się poprzedniego dnia. Śniadanie w guesthousie Vilay to bardzo przyjemna sprawa. Jedyne miejsce, w którym skondensowane mleko do kawy, bardzo miła właścicielka podała nam osobno. Nie trzeba było kombinować z mieszaniem „nie do końca”, żeby nie była za słodka. Jajka sadzone, ciepła bagietka i kawa za 15000 kipów – pycha.
Zapakowaliśmy się z kajakami, kapokami, kaskami do tuk-tuka i po 20 minutach, na brzegu Nam Khan, pakowaliśmy sprzęt do nieprzemakalnych toreb.
Zanim zdążyliśmy nauczyć się trzymać rytm wiosłowania zrobiliśmy przystanek nad wodospadem. Bardzo ładne miejsce. W szumie hektolitrów wody dali nam ciepły posiłek, Marysia popływała w wodospadzie, Krysia pomoczyła nogi a ja trzaskałem zdjęcia. Mała dziewczynka, chyba córka właścicieli jadłodajni, miała wiele uciechy pozując do zdjęć, które potem oglądała na wyświetlaczu. Na przyszłą wyprawę trzeba kupić polaroida.
Dalsza podróż kajakami, w palącym słońcu, które przyprawiło nas o poparzenia słoneczne, mijała monotonnie dopóki nie dopłynęliśmy do kilku pod rząd progów. W jednym za nich, po małym zderzeniu Monia, ja i wszystkie nasze rzeczy, wylądowaliśmy w wodzie. Skarpetki popłynęły Mekongiem i całe szczęście, że przewodnik uratował mój but, bo resztę wycieczki przechodziłbym w traperach. Oprócz utraty skarpetki i obtartego kolana, cała historia skończyła się szczęśliwie ale od czasu tych przełomów kompletnie wszystko mieliśmy przemoczone i przez następną godzinę płynęliśmy w kajakokałuży. Sprzęt i dokumenty uratowała torba nieprzemakalna. Teraz już wiem, że buty w kajaku nie są potrzebne a za to idealnie pasują do suchej torby.
Wycieczka była bardzo udana i zmęczeni, kompletnie przemoczeni ale zadowoleni, niedługo potem Monia z Marysią poszły na masaż… :) Na kolację było ulubione jedzenie Marcina. Dzięki temu odkryłem, że w Indiach chadzałbym głodny – duszące i pikantne potrawy zupełnie mi nie przypadły do gustu. Potem spacer i ostatnie zakupy na nocnym markecie.
Trochę nam brakuje wszechobecnego, chińskiego wrzątku i mi osobiście podobała się ‘wielka dolewka’ herbaty ale z punktu widzenia wegetarianina Laosie mają lepsze jedzenie.
Z Luang Prabang wyjeżdżamy zaopatrzeni w pałki, obrazki, serwetki. Krysia kupiła kapę, my obrazek z mnichami, Monia notesy z morwowego papieru, chustę korale, torebki, szale, koszulki, kawę spodnie i bluzkę a Marysia kafelki do nowego mieszkania :) Nasze plecaki zrobiły się niepokojąco ciężkie – konkurs, na razie, wygrywała Krysia.
Dzień 16 - Jedziemy do Vientiane
Wyspaliśmy się i razem z Monią zjedliśmy wcześniej śniadanie w Vilay, bo spieszyła się na masaż kamieniami. Potem, gdy już wszyscy byli po śniadaniu wymeldowaliśmy się. Cały dzień postanowiłem chodzić w bluzce na długi rękaw, żeby choć trochę zaleczyć poparzenia z kajakowania.
Tego dnia było wyjątkowo gorąco, więc postanowiliśmy przeczekać upał grając w kości w knajpce nad wysokim brzegiem Mekongu a plecaki, dzięki życzliwości właścicielki, przetrzymaliśmy w Vilay. Przy okazji przesuszyliśmy sobie u niej na sznurkach, przemoczone na kajakach, rzeczy :) Pierwszy podczas tego wyjazdu szło mi przyzwoicie w kości.
Po 15 weszliśmy na wzgórze górujące nad Prabang i potem zeszliśmy na obiadek. My wybraliśmy Khmu, gdzie pyszna sałatka Khmu, sałatka serowa i ziemniaki z tofu ukoronowały nasz pobyt w Luang Prabang a dzieciaki poszły do hindusa Nazim. Sok z papai smakuje średnio, bo przypomina rozrzedzony, dosłodzony i dużo gęstszy sok arbuzowy ale za to arbuzowy w Khmu jest pycha.
Gdy wróciliśmy do naszego guesthouse’u po plecaki, to już na sam koniec, Marcin wypatrzył prysznic z ciepłą wodą… :)
Po 18 tuk-tuk nas zabrał na dworzec za miastem gdzie spotkaliśmy jedną Polkę, Monikę, która jeździła już od 3 miesięcy. Jak wcześniej, Marcin powymieniał się z nią trasami, a Marysia miała parę do fotela, dzięki czemu nie musiałaby siedzieć z jakimś tubylcem.
Autobus w dźwiękach lokalnej muzy i podskokach pomknął przez noc a my, wraz z wyruszeniem na południe, nabraliśmy nieprzyjemnego uczucia, że zaczęła się droga powrotna do domu…
Żeby nie było zbyt prosto ani zbyt mało po laotańsku, w naszym autobusie po trzech godzinach pękła opona i pan, z karabinem na plecach, założył w zamian absolutnego slicka :)
Znów piękne gwiazdy.
Dzień 17 - Vientiane
Stolicę łatwo rozpoznać. Pierwsze światła na skrzyżowaniach, pierwsze szerokie, asfaltowe jezdnie i pełno ludzi podążających niewiadomo dokąd… I to od samego świtu. Nawet tuk-tuki mają wydrukowane cenniki i ceny, o dziwo, niższe niż w Prabang. Przynajmniej te tuk-tukowe.
Hotelu szukaliśmy trochę dłużej niż zazwyczaj – parę było zajętych a parę tylko z jednym pokojem więc koniec końców, wylądowaliśmy w dwóch osobnych miejscach o tej samej nazwie odległych od siebie o jakieś 200 metrów:)
Po drzemce do 12 wyszliśmy do Królewskiej Stupy That Luang. Tej z okładki przewodnika po Laosie Lonely Planet. Dostaliśmy się tam tuk-tukiemi a potem zrobiliśmy sobie spacerek do hotelu przez wientiańskie „Pola Elizejskie”.
W centrum kupiliśmy bilety do Bangkoku upewniając się uprzednio, że autobus nie będzie sypialny (:)) i zasiedliśmy w kafejce. Jak w większości laotańskich knajpek, toaleta jest na końcu lokalu więc można sobie przy okazji pozwiedzać zaplecze.
Wieczór spędziliśmy w Full Moon cafe testując serwowane tam, całkiem niedrogie, drinki. Full Moon to klimatyzowana knajpka z umiarkowanie wycenionym żarciem, ładnym wystrój i sympatyczną muzą.
Dzień 18 - Jedziemy do Bangkoku
Rano zrobiliśmy sobie spacer po świątyniach i wstąpiliśmy na deser do French Bakery. Potem zaopatrzyliśmy się na podróż w pobliskim markecie i postanowiliśmy przeczekać do 18 na pięterku w Full Moon.
Fajna muzyczka, miła obsługa i ładny wystrój więc przesiedzieliśmy tam kilka godzin grając w karty, układając pasjanse i robiąc ranking noclegów. Co prawda drugi raz doliczyli nam dodatkowe piwko ale tym razem Marysia z niewinną miną powiedziała kelnerowi o „pomyłce”:)
W końcu, w dalszym ciągu nie wiedząc jak smakuje laap, punktualnie o 18, opuściliśmy Laos autobusem, który kierownicę miał po złej stronie. Przynajmniej białych mniej w stosunku do tubylców.
Pod nadzorem mundurowego z groźną miną, pod kocykami pożyczonymi z Cathay’a dojechaliśmy do granicy gdzie po wypełnieniu kolejnych formularzy na granicy, po policzeniu przez naszego nadzorcę pożegnaliśmy Laos z głęboką obietnicą, że na pewno jeszcze tu wrócimy.
Dzień 19 - Bangkok
W Bangkoku jest strasznie gorąco jak na drugą połowę listopada. Strasznie. Przed czwartą rano, na dworcu autobusowym, było ponad 30 stopni. Dodatkowo zaduch potęgowało ze sto autobusów z uruchomionymi silnikami.
Miejskim autobusem dotarliśmy na Khao San, gdzie dość szybko, nawet jak na wczesną porę, znaleźliśmy nocleg.
Na podbój miasta rozdzieliliśmy się, bo Krysia z Marcinem byli już wcześniej w Bangkoku i chcieli dooglądać to, co pominęli poprzednio a my ruszyliśmy na zwiedzanie miejsc, bardziej uczęszczanych przez turystów.
Z Monią i Marysią poszliśmy pod pałac królewski, który był z powodu święta zamknięty. Spotkaliśmy tam jakiegoś tajskiego studenta, wyglądającego na jakieś 40 lat, który powiedział nam jaka jest różnica między governement tuk-tukiem a prywatnym (government, w domyśle tańszy ma białe numery rejestracyjne). Potem złapał jednego dla nas wytargował z 50 B na 40 i pokazał nam możliwą trasę wycieczki. Kierowca tuk-tuka, wyglądający na rastamana, przywiózł nas najpierw do siedzącego Buddy, gdzie i kazał nam siedzieć tam 19 minut wypowiadając słowa „very very lucky”:)
Niewiarygodne, że facet woził nas po centrum z 2 godziny za 40 B w tym 4 przystanki z poczekaniem. Potem zatrzymał się i powiedział, że za podwiezienie nas do pobliskiego krawca dostanie od niego kupon na benzynę. Bo nie wiedzieć czemu na trasie naszej wycieczki znalazł się jakiś krawiec (dzięki temu studentowi!!!), który szyje dla Armaniego i tego dnia kończy się promocja :)
Zrobiło się trochę irytujące, gdy kierowca nas naciągnął na następne „two minutes” oglądania „ornaments” u pobliskiego jubilera ale przystaliśmy za zmianę trasy i podwózkę na dworzec, gdzie umówiliśmy się z Krysią i Marcinem.
Gdy, przez to wożenie do krawca i jubilera, zostało nam dość mało czasu do 17, o której byliśmy umówieni na dworcu, rastaman zwiał nam pod Golden Mountain. Wysadził nas, my weszliśmy na górę i gdy wróciliśmy najzwyczajniej w świecie go już nie było. Na wszelki wypadek obeszliśmy wzgórze dwa razy ale po nim nie został żaden ślad. Wychodzi na to, że 40 B to nie jest cena, za którą opłaca się nas wozić. „You help me i help you” powiedział gdy nas zabierał... Dotarliśmy na dworzec z 45 minutowym opóźnieniem.
Na Khao San wróciliśmy gdy świecił się najbardziej. Tłumy ludzi, masa neonów i zewsząd muzyka. Z Monią zjedliśmy ryż z ulicznego wózka a Dzieciaki wzięły paat tai – makaron z sosem i zalegliśmy w jakiejś knajpie przy stoliku pod wentylatorem pijąc piwo.
Pod koniec, pod wpływem dwóch Cheers Beer, zagraliśmy w karty a stawką było zrobienie sobie tatuaża na koszt reszty. Marcin przegrał… :) W ciągu dnia szukaliśmy miejsca do wymiany kipów, które nam zostały z Laosu i jedyne, co się dowiedzieliśmy to, że tego w Bangkoku nie da się zrobić. Zostało nam 30 $ w laotańskiej walucie. Dobry omen:)
Dzień 20 - Bangkoku ciąg dalszy
Oszuści tuk-tukowcy, już pod pałacem królewskim, wciskają kit, że żeby tam wejść buty trzeba mieć zakryte gdy ja mam klapki i że otwierają dopiero po południu, bo rano wstęp tylko dla Tajów ale za to w zamian z ochotą zawiozą nas do innych otwartych miejsc, wartych zobaczenia i wrócimy akurat na otwarcie pałacu. Te miejsca to między innymi Golden Mountain i siedzący Budda…Pod pałacem znów widzieliśmy wczorajszego „studenta”…
Trochę niepocieszeni postanowiliśmy na własne oczy sprawdzić o co chodzi z tym pałacem i gdy przed bramą zmieniałem swoje klapki na buty zakryte, jeden sympatyczny człowiek nie dość, że powiedział mi, że ten przepis o butach dawno temu znieśli, to jeszcze za darmo wypożyczają długie spodnie dla tych, co tak jak ja, przyszli w krótkich:) No i oczywiście zagranicznych turystów tłum:)
Po przejściu ogromnego kompleksu pałacowego popłynęliśmy do Wat Arrarat za 6 B tam i z powrotem ignorując już wszystkich ludzi oferujących nam transport na drugi brzeg.
Przez pół dnia mimo chmur chodziłem jakbym spod wziął prysznic i na mokre ciało założył ubranie. Klapki to dobry wynalazek.
Khao San, to istna kraina podróby. Od koszulek najbardziej znanych firm przez zapalniczki Zippo po przedruki Lonley Planet i fałszywe prawa jazdy. Nie omieszkałem kupić sobie jednej koszulki, bo skończyły mi się już czyste:)
Wieczorem wstąpiliśmy do Molly Bar na najdroższe piwo w Bangkoku gdzie na dodatek w połowie picia kelner kretyn, który słowa po angielsku nie znał, zaczął się domagać żebyśmy zapłacili rachunek. Co prawda za 2 minuty przyszedł następny koleś, który nam, mocno podstawową angielszczyzną, wyjaśnił, że tamten kończy pracę i dlatego chciał rachunek ale to było już dwie minuty za późno – już postanowiliśmy Molly na Ram Buttri, tuż przy Khao San, omijać z daleka.
Dzień 21 - Chatuchak
Wstaliśmy o 6 rano, żeby pojechać na największy targ w Bangkoku - Chatuchak. Część drogi chcieliśmy pokonać tuk-tukiem a resztę bangkokskim odpowiednikiem metra, Sky Trainem. Tuk-tuki w Tajlandii są mniejsze niż w Laosie, bo 3 osobowe, co nie przeszkadzało kierowcy bić rekordów prędkości z pięciorgiem pasażerów – Krysia i Maria siedziały na podłodze a ja ręką i nogą zastępowałem drzwiczki.
Chatuchak rozkręca się koło dziesiątej a my byliśmy tam w okolicach ósmej. Łaziliśmy w kółko ze trzy razy, pominęliśmy pewnie z połowę ale i tak wrażenie mieliśmy jedno – mnóstwo tandety, na dodatek co trzeci stragan jest identyczny. Wiele hałasu o nic.
Wróciliśmy, spakowaliśmy plecaki i poszliśmy na przystanek, z którego odjeżdża nasz ostatni, podczas tego wyjazdu, autobus. Za 150B od łebka, po 90 minutach jazdy w korku, dotarliśmy na nowiusieńkie lotnisko pod Bangkokiem, Suvarnabhumi. Tam wydaliśmy resztę bahtów na dwa litry Bacardi i wsiedliśmy do samolotu. Ja, jak przystało na typowego terrorystę, wsiadłem do samolotu z zapalniczką w kieszeni. Nijak potem nie udało mi się wymyślić, jak ją wykorzystać do porwania chociaż kiedyś, w Londynie, musiałem się pozbyć identycznej ze względu na podwyższony stopień zabezpieczeń.
Chwilę po zjedzeniu na kolację ryby z ziemniakami i grillowanymi warzywami wylądowaliśmy w Hongkongu skąd o 0.35 wyruszyliśmy w 13 godzinny lot. Jeszcze tylko na kolację dostaliśmy pyszne pesto i poszliśmy spać.
Dzień 22 - Z powrotem w domu
Rano dostaliśmy śniadanie i zaraz potem wylądowaliśmy w Amsterdamie. Mały zonk wyszedł z tymi flaszkami Bacardi z Bangkoku, bo UE, podczas naszej nieobecności, wprowadziła „regulacje” o niewnoszeniu na pokład żadnych płynów. Oczywiście jest wyjątek – rzeczy kupione w Duty Free na terenie Unii – wychodzi na to, że tajskie sklepy duty free są jakieś gorsze… Żeby nie być do tyłu o ten 1000B wyszliśmy z Monią z lotniska i, jak prawdziwi obywatele Europy, spędziliśmy półtorej godziny w kawiarni lotniskowej po stronie holenderskiej. Już po, bagatela, 2 godzinach mogliśmy nadać flaszki do luku zamknięte w Moni plecaku i pozawijane we wszystko co było pod ręką.
Czekając na lot zjedliśmy resztę, kupionych w Bangkoku, mandarynek i wsiedliśmy na pokład, jakże teraz malutkiego (po boeingach) Embraera 170.
Najprawdopodobniej gdzieś w lukach samolotowych został polar Marcina, bo Krysia wypatrzyła jak na płycie lotniska domykali jego plecak pracownicy KLM. Tak więc ja bez bluzki, którą owinęliśmy flaszki, Marcin bez polara, obaj w tshirtach pomykaliśmy po płycie na Okęciu pod koniec listopada. Reszta pasażerów, w czapkach i zimowych kurtkach, wyglądała przy nas dość dziwnie. Dobrze, że jesień w tym roku była tak ciepła.
Szybkie pożegnanie na lotnisku i do porozjeżdżaliśmy się do domów. Marysia – na schabowego, Krysia – dzielić prezentami, Marcin – na winogrona a my – na pizzę z 5363636 popijaną sokiem pomidorowym i jak najszybszą kontrolę zawartości databanku:)
I tylko brak kwiatów wyniesionych do koleżanki z pracy, milcząco przypominał, że naprawdę gdzieś byliśmy.
K O N I E C
Co by się przydało a nie mieliśmy: Nożyk, przewodnik z nazwami miast napisanymi po chińsku, sandały, sznurek do suszenia prania.